„Fotografie, które nie zmieniły świata” -podglądanie rzeczywistości

„Dobre zdjęcie powinno bronić się samo. Bez podpisu, bez opisu. Ale wbrew tej tendencji swoje zdjęcia będę okrywał tekstem, jak okrywa się ukochaną drugą połowę kołdrą. Będę pisał, żebyście więcej wyczytali i więcej zrozumieli z prostej anonimowości pokazywanego przeze mnie obrazka. Wbrew tendencjom będę je opisywał jak zdjęcie słabe, niezrozumiałe, wymagające słownej podbudowy. Nie mam do nich dystansu. Ja je zrobiłem. Chcę opowiedzieć o tych fotografiach, ale też chcę opowiedzieć o sobie. I o moim zawodzie fotoreportera, zawodzie zawodowego podglądacza rzeczywistości”

Krzysztof Miller był bez cienia wątpliwości jednym z najbardziej znanych i najwybitniejszych polskich fotoreporterów i korespondentów wojennych. W trakcie swojej długiej działalności podróżował w miejsca objęte zawieruchą wojenną, obserwował ludzi zmagających się z trudnościami, pokazywał ludzkie cierpienie i strach. Nie pomijał jednak też tematów nam bliższych, z naszego polskiego podwórka, często sięgając po tematy związane z polityką, religią czy społeczeństwem. Wiele razy już wspominałam, że fotografia i reportaż wojenny, a także kulisy pracy korespondentów międzynarodowych, znajdują się w czołówce moich zainteresowań. Pochłaniam wszystko, co pojawi się na ten temat, dlatego z ogromną radością przyjęłam informację o wydaniu albumu „Fotografie, które nie zmieniły świata” autorstwa Krzysztofa Millera (Wyd. Agora, 2017).

Była to jednak radość podszyta ogromnym smutkiem. Miller we wrześniu zeszłego roku odebrał sobie życie. Informacja o tym była dla mnie szokująca i niezwykle przykra, chociaż od lat było wiadomo, że reporter zmaga się z problemami psychicznymi, wynikającymi ze stresu związanego z pracą. Ale tak naprawdę o tym, że popełnił samobójstwo pierwszy raz przeczytałam właśnie w „Fotografiach…”, we wstępie Wojciecha Jagielskiego, jego częstego współpracownika na rożnych wyprawach, wcześniej w prasie pojawiały się tylko ogólne informacje, z których niewiele wynikało. Tym bardziej doceniam ten niezwykły album i zupełnie inaczej się go czyta i ogląda, mając w pamięci, co się stało z jego autorem.

To druga książka Millera, kilka lat temu wydany został tytuł „13 wojen i jedna”, która w doskonały sposób przybliżała pracę fotoreportera i to z jakimi emocjami oraz niebezpieczeństwami musiał się zmagać w trakcie wyjazdów. „Fotografie…” znacząco różnią się od „13 wojen”, chociaż niektóre zdjęcia można znaleźć w obu książkach. Poprzedni tytuł był typowym reportażem, w którym autor zabrał nas na wyprawę do swoich wspomnień – opisał różne miejsca, które odwiedził, pisał o smutku, strachu, cierpieniu, ale też małych radościach i sukcesach. Uzupełnienie wspomnień autora stanowiło kilkanaście czarno-białych fotografii. W „Fotografiach…” te proporcje są zupełnie odwrócone – jak na album przystało składa się on głównie z fotografii, opatrzonych komentarzami Millera. Jest to zresztą pięknie i naprawdę porządnie wydany album – twarda oprawa, gruby, błyszczący papier, kolory, i chociaż ma dosyć niestandardowy rozmiar to odniosłam wrażenie, że dzięki temu jakość zdjęć jest jeszcze bardziej uwypuklona. 

Zdjęcia nie są ułożone chronologicznie, ale tematycznie, czy raczej doświadczeniami autora. Sam zresztą napisał we wstępie: „Ten album nie jest ułożony spójnie, chronologicznie. Ma być chaosem i ma chaos tego świata opisać. A przez to opisać chaos panujący w głowie człowieka, który dwadzieścia sześć lat podgląda świat przez soczewkę obiektywu fotograficznego”. Zagłębiamy się więc wraz z Millerem w ten „chaos”,  chłoniemy go i dajemy się wciągnąć.

Tym, co mnie najbardziej uderzyło w trakcie lektury i oglądania zdjęć, są emocje bijące z każdej strony. Pojawiają się one już we wstępie Jagielskiego. Wspomina on o pracy z Millerem, wspólnych wyjazdach, niezwykłych umiejętnościach kolegi, ale też o jego problemach, z którymi zmagał się od lat. Widać, że obu panów łączy niezwykła więź skutkująca przyjaźnią i wyjątkowymi efektami współpracy. Jest jeszcze jeden wstęp, samego fotografa, w którym pisze o pracy nad albumem. Trudno uwierzyć, że miesiąc po napisaniu tych słów odebrał sobie życie. Widać było, że cieszy się z wydawnictwa i z całego projektu. Te emocje uwidaczniają się przez całą resztę książki. Teoretycznie można wszystko przeczytać dosyć szybko, ponieważ mimo 220 stron, tekstu nie ma tutaj zbyt dużo. Polecam jednak uważne przeglądanie, dawkowanie sobie treści i obrazów, delektowanie się tą rewelacyjną książką.

Nie jestem profesjonalnym fotografem i nie potrafię powiedzieć, czy zdjęcie jest wykonane dobrze technicznie, ale mogę określić emocje, które mnie ogarniają, gdy je oglądam. A przy fotografiach Millera emocje sięgają zenitu. Towarzyszy nam smutek, ból, ale też złość i brak zgody na ciężkie doświadczenia innych. Czasami jest też śmiech i radość. Niektóre zdjęcia przeszywają człowieka na wskroś, jak chociażby jedna z najsłynniejszych i poruszających jego fotografii z Kongo (z równie doskonałym komentarzem autora). Ale mimo tego, że główną mocą całego albumu są obrazy, to jednak warto zwrócić uwagę także na przenikliwą i bardzo mądrą treść. Miller dzieli się swoimi doświadczeniami jako korespondenta krajowego i zagranicznego. Dużo miejsca poświęca samej pracy fotoreportera. Pisze o tym, jak czasami przypadek decyduje o tym, że zdjęcie jest dobre; odnosi się do oskarżeń wysuwanych wobec dziennikarzy nazywanych „sępami”; pisze o swoich emocjach, wątpliwościach, momentach gdy waha się, czy nacisnąć spustu migawki, czy opuścić aparat; wyraża swoją opinię o potrzebie pracy fotoreporterów i czy ich działania mają jakiś sens. I mimo że treści objętościowo jest w albumie niewiele, to niesie ona dużo ważnych słów stanowiących doskonałe uzupełnienie zdjęć.

Cieszę się, że ten album powstał. W tej chwili stanowi on doskonałe świadectwo niezwykłej pracy Krzysztofa Millera, ale daje też możliwość wejść tam, gdzie rzadko się zagląda, doświadczyć czegoś, o czym my żyjący w miarę bezpiecznym kraju na co dzień nawet nie myślimy. Zajrzeć za kulisy pracy fotoreportera, dowiedzieć się, co czuje, spojrzeć mu przez ramię, gdy naciska spust migawki. To naprawdę fascynujące doświadczenie. Bez względu na to, czy ktoś interesuje się fotografią, historią współczesną, pracą dziennikarzy, czy też nie, uważam, że warto zapoznać się z tym albumem żeby chociaż trochę zrozumieć rzeczywistość wokół nas. A okazuje się, że zdjęcia czasami mogą powiedzieć o wiele więcej niż słowa. I szkoda tylko, że Krzysztof Miller już więcej nam za ich pomocą nie opowie.

Tytuł: „Fotografie, które nie zmieniły świata”

Autor: Krzysztof Miller

Wydawnictwo: Agora

Rok wydania: 2017

Moja ocena: 9/10

Asia B&B

Jedna uwaga do wpisu “„Fotografie, które nie zmieniły świata” -podglądanie rzeczywistości

  1. Pingback: Spotkanie z Danem Brownem i inne literackie wydarzenia – Books & Beauty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s