Na dużym i małym ekranie / Czerwiec

Filmy i seriale to dla mnie i Dzióbkowskiego jedna z najprzyjemniejszych rozrywek (zaraz obok książek u mnie i gier u niego) i wspólnie na różnych seansach spędzamy sporo czasu. Raz na jakiś czas wybierzemy się do kina łącząc to z kawką w jakimś fajnym miejscu, innym razem obejrzymy film w domu rozwaleni na sofie – miejsce tak naprawdę nie ma znaczenia, ważne jest to, co się dzieje przed naszymi oczami. O filmach oglądanych w danym miesiącu najczęściej pisałam w Inspiracjach, ale zazwyczaj mam ochotę napisać o nich nieco więcej. Dlatego postanowiłam wprowadzić posty z krótkim podsumowaniem filmów i seriali z danego miesiąca, poczynając od czerwca.

Jaki bilans ostatnich czterech tygodni? Pięć filmów i jeden sezon serialu (pięć wieczorów po dwa odcinki). Niby niezbyt dużo, ale za to poziom obejrzanych produkcji był naprawdę bardzo wysoki.

  • „Ja, Daniel Blake” (reż. Ken Loach, 2016)

Całkowicie mnie ten film powalił, myślałam o nim długo jeszcze po zakończeniu seansu, a im więcej myślałam, tym dłużej płakałam. W sieci można znaleźć mnóstwo określeń tego dzieła, które sprowadzają się do zdania – „walka jednostki z bezdusznym systemem biurokracji” i jest w tym oczywiście prawda. Ale nie wiem, czy ten film można określić tak po prostu jednym sformułowaniem. Dla mnie to było bardzo mocne doświadczenie – oglądanie, jak bogate, cywilizowane państwo doprowadza człowieka na skraj wykończenia – psychicznego i fizycznego. Zawiłe prawo trudne do ogarnięcia dla przeciętnego obywatela, dziwne zasady, które wzajemnie się wykluczają, służbiści w urzędach, dla których nie liczy się człowiek, ale przekazanie informacji – z tym zderza się główny bohater, tytułowy Daniel Blake. To pracowity, dobry człowiek doświadczony przez życie, któremu po zawale odmówiono zasiłku zdrowotnego. Rozpoczyna więc wędrówkę po urzędach, gdzie raz za razem rozbija się o biurokratyczną ścianę. Na jego drodze staje też samotna matka dwójki dzieci, Katie. Na co dzień zmaga się z brakiem pracy, pieniędzy, głodem (scena w banku żywności zrobiła na mnie piorunujące wrażenie), niską samooceną. Nie doświadczycie tutaj jednak klasycznego romansu, a raczej historię dwojga ludzi, dla których wzajemna obecność i pomoc będzie ważniejsza od wszystkiego innego. To doskonałe zaangażowane społecznie kino bez hollywoodzkiego happy endu, za to z gorzkim i smutnym przesłaniem. Jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w ostatnim czasie 9/10.

  • „Paterson” (reż. Jim Jarmusch, 2016)

Film o życiu, a dokładniej wycinek jednego tygodnia z życia młodego małżeństwa. Paterson i Laura mieszkają w małej miejscowości (o nazwie… Paterson), on jest kierowcą autobusu, ona wciąż szukającą weny artystką. On jest spokojny, przystaje na wszystkie pomysły żony, ona znowu ma ich tysiąc na sekundę. Mimo tych różnic w charakterach widać, że bardzo się kochają i polegają na sobie. Wszystkie dni wyglądają podobnie – Paterson wstaje do pracy, jeździ po mieście, przysłuchuje się rozmowom pasażerów, wraca do domu, wysłuchuje relacji Laury, wychodzi z psem na spacer, zmierza na piwo do baru, wraca, kładzie się spać. Następnego dnia wstaje do pracy, jeździ po mieście… itd. przez kolejne dni tygodnia. Ot, taka szara codzienność. Paterson inspirowany tą codziennością pisze wiersze, najpierw powstają one w jego głowie w ciągu dnia, potem przelewa je do swojego notatnika. Całość ma w sobie coś z klimatu baśni, realizmu magicznego, chociaż ja bardziej patrzę na to jako na „magię codzienności”. Bo czyż właśnie nie tak wyglądają nasze dni, bez jakichś spektakularnych wydarzeń? Życie toczy się powoli swoim torem, wykonujemy wciąż te same zadania, funkcjonujemy na pewnych ustalonych zasadach. Ale czy jest coś w tym złego? Ja swoje ułożone życie bardzo lubię i własnie o tym jest ten film – o pięknie codzienności. Ma on bardzo nieśpieszne, kontemplacyjne tempo, niektórzy mogliby wręcz powiedzieć, że film jest nudny. Ma on jednak swój urok, chociaż nie każdemu przypadnie do gustu. 7/10

  • „Nazywam się Cukinia” (reż. Claude Barras, 2016)

Wyjątkowa animacja nominowana w tym roku do Oscara. Tytułowy chłopiec, który każe na siebie mówić Cukinia, po śmierci matki trafia do domu dziecka. Tam spotyka się z innymi pokręconymi przez życie dziećmi, które były świadkami najgorszych zachowań dorosłych. W tym ponurym otoczeniu znajduje się jednak też miejsce na przyjaźń i oddanie. To bardzo smutna animacja, która na pewno nie jest przeznaczona dla najmłodszych widzów. W nietuzinkowy sposób prezentuje przeżycia małego chłopca z jego perspektywy. Temat opowieści jest bardzo trudny, ale całość opowiedziana jest w sposób mądry i z ogromną dozą wrażliwości. Można się wzruszyć i zaśmiać. Ta krótka (60 minut) historia poruszy serce każdego. 8/10

  • „Sama przeciw wszystkim” (reż.  John Madden, 2016)

Hollywoodzkie kino z najwyższej półki. Jessica Chastain (oklaski na stojąco!) wciela się w powstać zimnej i wyrachowanej lobbystki działającej w Waszyngtonie przy najwyżej postawionych ludziach. O jej skuteczności krążą już legendy, dlatego nie dziwi, że o jej usługi zabiegają liczni ludzie mający pewne interesy. Wkrótce stanie do walki z potężnym lobby popierającym powszechny dostęp do broni dla Amerykanów – temat niezwykle na czasie w kontekście amerykańskiej polityki. Scenariusz składa się z mnóstwa błyskotliwych, zawiłych dialogów i dyskusji, które odbywają się w gabinetach i salach konferencyjnych za zamkniętymi drzwiami. Bo tak własnie wygląda polityka, co dobrze pokazuje chociażby rewelacyjny serial „House of Cards”, z którym zresztą „Sama przeciw…” bardzo się kojarzy. Film wymaga ogromnego skupienia, żeby nadążyć za akcją na ekranie, śledzić nawet najmniejsze szczegóły, które na końcu okażą się niezwykle ważne. Bardzo lubię filmy, w których w ostatecznym rozrachunku nic i nikt nie jest taki, jak nam się wydawało na początku, łącznie z główna bohaterką. Obraz ten zrobił na mnie duże wrażenie 8/10.

  • „Ip Man” (reż.  Wilson Yip, 2008)

Ten film to dla mnie spore zaskoczenie, pozytywne! Nie jestem wielką fanką kina azjatyckiego i mimo namawiania ze strony Dzióbkowskiego, długo wzbraniałam się przed seansem. Bardzo się cieszę, że w końcu dałam się skusić 🙂 Film opowiada historię mistrza kung-fu  Ip Mana, który cieszy się ogromnym szacunkiem i poważaniem wśród pozostałych mieszkańców i innych nauczycieli sztuki walki. Jego niezwykłe umiejętności wykraczają daleko poza granice miasta. Wkrótce jednak wybucha wojna i część Chin znajduje się pod okupacją japońską. Dla Chińczyków oznacza to bardzo trudny okres, bez pracy, pieniędzy, jedzenia. Jeden z japońskich generałów chce udowodnić wyższość karate nad kung-fu, dlatego organizuje walki, w których biorą udział również przyjaciele Ip Mana. W pewnym momencie sam będzie musiał stanąć na macie. Film jest bardzo ciekawy, sceny walki charakteryzują się dokładnością w najmniejszych detalach, wszystko okraszone jest świetną muzyką i w niektórych momentach również lekkim humorem. Piękny film o poświęceniu, przyjaźni i lojalności wobec najbliższych. Lubię takie miłe filmowe niespodzianki 7,5/10

  • „Fargo”, sezon 1 (2014)

Na koniec kilka słów o pierwszym sezonie popularnego serialu nawiązującego do bardzo znanego filmu z 1996 o tym samym tytule. Tak jak w oryginale akcja rozgrywa się w małych miasteczkach w zimnej Minnesocie. Jedno przypadkowe spotkanie wywróci do góry nogami życie spokojnego agenta ubezpieczeniowego, Lestera, granego przez świetnego Martina Freemana. Trochę jak w „Breaking Bad”, jego bohater odkryje w sobie schowane głęboko cechy charakteru, które w obliczu zagrożenia i utraty dobrego imienia, wyjdą na światło dzienne. Nie oznacza to jednak, że te cechy są dobre. Można powiedzieć, że Freeman zagrał tutaj zupełnie na przekór swojemu filmowemu emploi. Jego ścieżki przetną się z drogami faceta od brudnych interesów, wynajętych zabójców, ambitnej policjantki i jej nierozgarniętego szefa. Trudno jednoznacznie opisać fabułę, ponieważ łączy się tutaj sporo wątków, ale wszystkich łączy postać Lorne Malvo – zabójcy do wynajęcia, który z chirurgiczną precyzją wykonuje kolejne zlecenia. Jego postać bezbłędnie gra Billy Bob Thornton, z lekkim uśmiechem, ironicznym podejściem do otoczenia, pozornym spokojem w oczach, za którym kryje się szaleństwo. Jego rola została nagrodzona Złotym Globem za najlepszą rolę męską w miniserialu i jest to całkowicie zrozumiały werdykt. Serial jest dosyć mocny (ginie w nim sporo osób…), ale całość ogląda się doskonale. Nie brakuje w nim błędów, czy pewnych niedopatrzeń, wydaje się jednak, że to jedna z ciekawszych serialowych produkcji w ostatnim czasie. Pierwszy sezon oceniam 7,5/10 i z pewnością sięgnę po kolejne odsłony (niedawno premierę miał trzeci sezon).

Wszystkie powyższe filmy oraz serial bardzo polecam, myślę, że wśród nich każdy znajdzie coś dla siebie. W najbliższym czasie wybieramy się na nowego „Króla Artura” w reżyserii Guya Ritchiego. I zaczęliśmy oglądać piąty sezon „House of Cards”. Filmowy lipiec też zapowiada się wyśmienicie 🙂

Asia B&B

Advertisements

3 uwagi do wpisu “Na dużym i małym ekranie / Czerwiec

  1. Obrotowy Miś

    „postanowiłam wprowadzić posty z krótkim podsumowaniem filmów i seriali z danego miesiąca, poczynając od czerwca” – bardzo dobry pomysł, z niecierpliwością wypatruję następnych takich 😀
    A co do opinii filmów i serialu – pod większością podpisuję się obiema rękami, z jednym wyjątkiem. Należę do wspomnianej grupy osób, dla których jednak Paterson okazał się zbyt nudny. Ja rozumiem, że o zwyczajnym życiu, codzienności i w ogóle. Może moje i wielu innych osób życie wygląda podobnie, ale to nie powód żeby kręcić o tym film 😉

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s