„Dziewięć twarzy Nowego Orleanu” – fascynujący obraz pięknego miasta

Są takie wydarzenia w historii współczesnej, które nabierają innego wymiaru ze względu na to, że dzieją się na naszych oczach. Do dzisiaj pamiętam, gdy „przyklejona” do ekranu telewizora z zapartym tchem oglądałam relacje z ataku na WTC, czy tsunami w Azji południowo-wschodniej w 2004 roku. Do takich wydarzeń zaliczam także huragan Katrina, który nawiedził USA w 2005 roku. Wspominam o tym dlatego, że miałam ostatnio możliwość przeczytać doskonałą książkę – „Dziewięć twarzy Nowego Orleanu” Dana Bauma (Wyd. Czarne, 2017), przybliżającą nam to piękne miasto w perspektywie osób, które huragan przetrwały.

Na początku wspomnę, że ten reportaż jest kolejnym tytułem z doskonałej Serii Amerykańskiej, którą już wiele razy polecałam (między innymi tutaj i tutaj). Tytuł ten stanowi swego rodzaju „biografię” miasta. Wcześniej w Serii ukazała się także książka o Nowym Jorku oraz Detroit. Jednak każda z tych „biografii” ma inny charakter. W „Nowym Jorku” Magdalena Rittenhouse zabrała nas na spacer po mieście i w trakcie odwiedzania różnych miejsc opowiadała też o historii i wydarzeniach, które ukształtowały to miejsce i społeczeństwo. „Detroit” Charliego LeDuffa czytamy przez pryzmat kryzysu finansowego i upadku wielkich firm motoryzacyjnych, które miały tam siedzibę. W tej opowieści jest mniej historii, a więcej spojrzenia na to, jak wspomniane wydarzenia wpłynęły na mieszkańców miasta. „Dziewięć twarzy Nowego Orleanu” skupia się na pewnym wycinku z historii, którego klamry stanowią dwa huragany – Betsy z 1965 roku oraz Katrina z 2005 roku. 

Autor nie chce nam przybliżyć historii, tego jak miasto powstawało, jak się kształtowało, zmieniało pod względem społecznym, gdy ludzie z różnych nacji (Francuzi, Indianie, Anglicy, Amerykanie) mieszali się ze sobą i asymilowali. Ale mimo wszystko te kwestie są obecne w książce, przebijają z opowieści głównych bohaterów, nie są powiedziane wprost, ale możemy je wyczytać między wierszami. Tytuł reportażu odnosi się do dziewięciu opowieści, które zebrał autor. Wśród swoich bohaterów ma przedstawicieli różnych środowisk, kolorów skóry i wyznań. Jest tu między innymi Frank – uznany i doświadczony koroner, który po Katrinie pomaga przy identyfikacji zwłok; Wilbert – uzdolniony muzycznie chłopak, który na przestrzeni lat zostaje prowadzącym odnoszącej sukcesy orkiestry szkolnej, jednocześnie stając się rodzicem dla dzieci potrzebujących wsparcia; Tim – biały policjant, który w trakcie jednej z akcji zostaje poważnie ranny; Tootie i jego żona Joyce – król karnawału Mardi Gras; Ronald – doświadczony członek ekipy naprawiającej torowiska. Te i jeszcze kilka historii przeplata się, momentami ścieżki bohaterów przecinają się i łączą, ale w większości jest to dziewięć oddzielnych głosów. Każdy jest wyraźny, każdy niesie za sobą niezwykłą historię. Ale co ciekawe, każdy jest też na tyle uniwersalny, że mógł się przydarzyć innej osobie zamieszkującej Nowy Orlean. Wszystkich łączy to, co przeszli w trakcie huraganu, ból, cierpienie, utrata bliskich i dorobku życia, a potem trudny powrót do miasta i próby normalnego życia. Trudno wyobrazić sobie odczucia towarzyszące ofiarom Katriny, mimo wszystko Dan Baum w doskonały sposób przeniósł na karty reportażu ich emocje. Są to zwykli ludzie, którzy zostali postawieni w skrajnie trudnej sytuacji i radzą sobie z tragedia na różne sposoby.

Szczególnie poruszyły mnie fragmenty dotyczące opieszałości władz w kwestii niesienia pomocy poszkodowanym. Oczywiście należny pamiętać, że historie opowiadane są z perspektywy ofiar, więc mogą być one lekko wypaczone, ale to jak zostali potraktowani przewija się niemal w każdej historii. Trudno w to uwierzyć, ale w kilka dni po huraganie na ulicach miasta wciąż leżały zwłoki zmarłych, a władze przerzucały się tylko odpowiedzialnością za to, kto ma je sprzątnąć i potraktować należycie. Niektóre fragmenty są naprawdę wstrząsające.

Ale ta historia to nie tylko Katrina. Najważniejsi są tutaj ludzie, którzy stanowią nieodłączną tkankę miasta i stanowią o jego kształcie i istnieniu. Bardzo to widać w układzie książki, bardzo dynamicznym mimo rozciągnięcia czasowego na ponad czterdzieści lat. Losy bohaterów przedstawiane są chronologicznie od 1965 roku, aż do Katriny i kilku lat po niej, siłą rzeczy więc sam huragan nie zajmuje tu najwięcej miejsca, docieramy do niego mniej więcej w trzech czwartych książki. Wcześniej mamy czas, aby lepiej poznać bohaterów, przyjrzeć się im w różnych sytuacjach, a wiedząc co ich czeka, można już wcześniej zastanawiać się, co zrobią w obliczu zbliżającej się tragedii. Rozdziały są raczej krótkie (odniosłam wrażenie, jakby autor zebrał wszystkie dziewięć opowieści, a potem je „porozcinał” na lata i okresy, następnie poprzeplatał wszystkie historie – tak, żebyśmy wiedzieli co się dzieje w danym momencie u każdego bohatera) i najczęściej dotyczą jednej sytuacji, rozmowy, spotkania. Ale to wystarczy, by poznać czyiś punkt widzenia oraz wczuć się w jego położenie. Początkowo taka narracja może wydawać się trudna, te urywane historie i krótkie wzmianki o kolejnych bohaterach wprowadzają lekki chaos (przed czym nawet ostrzega sam autor we wstępie do książki). Kiedy jednak poznamy już wszystkich bohaterów i wiemy kim są, bez problemu dajemy się wciągnąć w ich fascynujące historie. Każdy rozdział ma nagłówek w postaci imienia bohatera i daty prezentowanych wydarzeń, co bardzo ułatwia śledzenie dalszych losów.

Tytuł reportażu mówi o dziewięciu twarzach, różnych obliczach fascynującego miasta, jakim jest Nowy Orlean. Muszę przyznać, że jest to jedno z tych amerykańskich miast, które najbardziej pragnę kiedyś zobaczyć. W książce widać piękno tego miasta, miłość mieszkańców do niego, celebrowanie tradycji i wierność wypracowanym przez lata zasadom. Przez większość historii przeplata się słynny karnawał Mardi Gras, stanowiący jedną z największych atrakcji Nowego Orleanu. Autor nie opisuje, jak karnawał przebiega, kto bierze w nim udział itd. Po prostu oddaje głos swoim rozmówcom, którzy w emocjonalny sposób opowiadają o szykowaniu strojów, rywalizacji między dzielnicami i wpływu, jaki to wydarzenie odgrywa na całe miasto. Takie opisy są o wiele cenniejsze niż suche fakty, które można znaleźć na Wikipedii. Dziewięciu bohaterów mówiąc o swoim ukochanym mieście zahacza też o kwestie rasowe i różnic majątkowych, które są w Nowym Orleanie bardzo widoczne. Czarni mają swoje dzielnice, które są też tymi, które najbardziej ucierpiały w trakcie Katriny. Bardzo przejmujące są opisy powrotów do domów, czy raczej tego, co z nich zostało.

To nie jest łatwy reportaż i jestem przekonana, że nie każdy da się wciągnąć w historie „dziewięciu twarzy”, czyli głównych bohaterów. Spotykałam się z zarzutami, że w książce za mało jest o samym mieście. Ale to przecież ludzie tworzą miasto, to jak ono funkcjonuje, jak wygląda i dokąd zmierza. Dlatego uważam, że opowiedzenie losów Nowego Orleanu z perspektywy dziewięciu osób, stanowiących niewielki wycinek całego społeczeństwa, jest doskonałym pomysłem. Poza tym te historie należy czytać między wierszami, faktycznie nie zawsze wszystko jest powiedziane wprost, ale to nie oznacza, że czegoś brakuje. „Dziewięć twarzy Nowego Orleanu” wzrusza, bawi, czasami wzbudza złość, ale przede wszystkim daje do myślenia. A takie książki cenię sobie najbardziej.

Asia B&B

Advertisements

3 uwagi do wpisu “„Dziewięć twarzy Nowego Orleanu” – fascynujący obraz pięknego miasta

  1. Pingback: Książkowe podsumowanie kwietnia – Books & Beauty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s