„La La Land” – czysta przyjemność oglądania

Hollywood uwielbia musicale. Takie tytuły jak „Chicago”, „Mamma Mia” czy „Nędznicy” były wielkimi hitami przyciągającymi do kin ogromne rzesze widzów i zgarniającymi liczne nagrody. Ja nie jestem wielką fanką tego gatunku, wolę gdy bohaterowie swoje kwestie mówią, a nie wyśpiewują. W tym sezonie jednak na ekranach kin króluje musical „La La Land” i muszę przyznać, że film jest całkiem uroczy i przyjemny. Czy jednak zasługuje na te wszystkie laury, które na niego w ostatnim czasie spływają?

„La La Land” to historia, jakich w kinie widzieliśmy już wiele – dwoje młodych ludzi z marzeniami poznaje się, zakochuje w sobie, wspiera w trudnych chwilach, walczy z różnymi przeciwnościami, poświęca się w mniejszym lub większym stopniu dla drugiej strony. W tym przypadku główni bohaterowie to Sebastian – muzyk jazzowy, marzący o własnym klubie jazzowym – oraz Mia – początkująca aktorka, chodząca z przesłuchania na przesłuchanie, póki co pracująca w kawiarni. Oboje są więc artystami, mają wielkie marzenia związane z przyszłością i swoją karierą, pomysłem na życie. Wydaje się, że ich drogi mogą biec dalej obok siebie, pojawiają się jednak miejsca, gdzie te drogi zaczynają się krzyżować, a to nieuchronnie prowadzi do konfrontacji i podejmowania ważnych decyzji, które zaważą na ich przyszłości.

Bohaterowie są bardzo dobrze napisani, wzbudzają naszą ogromną sympatię i bardzo im kibicujemy, zarówno na drodze zawodowej, jak i miłosnej. Co prawda Sebastian na początku może wzbudzać trochę naszą niechęć, wydaje się gburowaty i przemądrzały, ale bardzo szybko zrzuca tą maskę i okazuje się czułym i wspierającym facetem. Duża tutaj zasługa aktorów odgrywających główne role – Ryana Goslinga oraz Emmy Stone. Oboje grają koncertowo, lekko, naturalnie, widać, że jest między nimi prawdziwa chemia (grali wcześniej razem w „Kocha, lubi, szanuje”) – to według mnie jedna z najbardziej uroczych par ekranowych, jakie miałam ostatnio okazję oglądać. A do tego dobrze śpiewają (chociaż słychać, że nie są zawodowymi piosenkarzami) i pięknie tańczą.

la-la-land-633x356.jpg

Film jest momentami dosyć smutny, ale nie brakuje w nim komediowych scen, jak chociażby ta, gdy Sebastian dorabia grając na klawiszach w zespole w stylu lat 80. – to najzabawniejsza scena z filmu. Ten lekki humor doskonale rozładowuje napięcie i stanowi przeciwwagę dla bardziej dramatycznych momentów. Duża jest tutaj zasługa również scen z piosenkami i tańcami. Powiem tak – żadna piosenka jakoś specjalnie nie wpadła mi w ucho i oprócz najsłynniejszej, czyli „City of Stars” (nominowanej zresztą do Oscara) nie jestem w stanie zanucić ani przypomnieć sobie żadnej innej, ale mimo wszystko świetnie pasowały do tego, co się działo na ekranie. Ale za to układy taneczne zrobiły na mnie bardzo duże wrażenie. Zarówno te, które angażowały więcej aktorów i tancerzy (jak spektakularna scena otwarcia na hollywoodzkiej autostradzie), jak i te bardziej kameralne jedynie z głównymi bohaterami ogląda się z ogromną przyjemnością, widać, że włożono w nie mnóstwo pracy. Dużo w tym jest jednak elementów baśniowych i oczekiwania, że widzowie przyjmą prezentowaną konwencję, jako coś oczywistego – Sebastian i Mia tańczą wśród gwiazd na niebie, zaczynają stepować na środku ulicy, a ludzie wykonują skomplikowane układy taneczne na dachach swoich aut. Te sceny z pogranicza snu i baśni nie wydaja się niczym nadzwyczajnym – w końcu główni bohaterowie to para marzycieli, którzy co prawda muszą twardo stąpać po ziemi i pracować (wykonując zajęcia, które nie do końca są zgodne z ich oczekiwaniami), ale pozwalają sobie na snucie odważnych planów na przyszłość. Dla niejednej osoby sporym zaskoczeniem będzie zakończenie historii, takie trochę słodko-gorzkie. Co okaże się ważniejsze  -spełnienie marzeń, czy prawdziwe uczucie?

Mówiąc o pięknych układach tanecznych nie sposób nie wspomnieć także o rewelacyjnej scenografii i kostiumach. Każda scena dopracowana jest z ogromnym kunsztem, ujęcia są czasami bardzo długie i widać w nich zarówno kawał rzemiosła reżyserskiego, jak i serce. Sukienki Emmy Stone i jej koleżanek zachwycą niejedną kobietę. Wszystko skrzy się kolorami, dyskretnym urokiem, ale też dobrze oddaje scenerię filmu – magiczne Hollywood. To jest też jedna z tych rzeczy, która  mi, miłośniczce filmów, bardzo przypadła do gustu – możliwość zajrzenia do wytwórni filmowej. Bohaterowie spacerują po studiach, obserwują sceny kręcenia filmu, Mia serwuje kawę słynnej aktorce – ten klimat Hollywood jest tutaj bardzo odczuwalny, ma się wręcz wrażenie, że w tak pięknym miejscu wszystkie marzenia muszą się spełnić.

161108_mov_la-la-land-jpg-crop-promo-xlarge2

Reżyserem tego obrazu jest Damien Chazelle,  który szturmem zdobywa Hollywood. Ten zaledwie trzydziestodwuletni Amerykanin zaczął od rewelacyjnego „Whiplash” z 2014 roku z brawurową rolą J.K. Simmonsa (Oscar!), który zresztą w „La La Land” ma mały epizod. Chazelle w tym roku zgarnął już dwa Złote Globy za reżyserię i scenariusz do musicalu i wszystko wskazuje na to, że 26 lutego powiększy swoja pulę nagród o najbardziej pożądaną statuetkę Oscara. Mam wrażenie, że o tym panu jeszcze nie raz usłyszymy.

„La La Land” to bardzo dobry film, ogląda się go z ogromną przyjemnością. Wywołuje uśmiech, ale sprawia też, że będziemy musieli wytrzeć łzę wzruszenia, cieszy oczy doskonałymi scenami, a uszy piosenkami i bardzo dobrymi dialogami – wszystko jest w nim wyważone i na swoim miejscu. Czy jednak jest to najlepszy film sezonu? Co do tego mam pewne wątpliwości. To jest naprawdę uroczy obraz, ale mam wrażenie, że ostatnio pojawiło się sporo innych filmów dotykających ważnych tematów. Z dziewięciu filmów nominowanych do Oscara w kategorii Najlepszy Film, póki co oglądałam cztery: „Aż do piekła”, „Lion. Droga do domu”, „Nowy początek” oraz własnie „La La Land”, a dzisiaj zobaczę kolejny, czyli „Manchaster by the Sea”. Mam nadzieję, że do ceremonii uda mi się obejrzeć jeżeli nie wszystkie to przynajmniej prawie wszystkie i wtedy będę mogła w pełni ocenić, który według mnie jest najlepszy. Ale na ten moment moim numerem jeden jest „Nowy początek”, który zrobił na mnie ogromne wrażenie nietuzinkowym podejściem do tematu inwazji obcych i uniwersalną wymową dotyczącą każdego człowieka (więcej pisałam tutaj). Przy takim obrazie, doskonałym w warstwie tematycznej i wizualnej, musical wypada w moim odczuciu nieco banalnie. Ale nie od dzisiaj wiadomo, że Hollywood uwielbia piękne historie, marzycieli i… Hollywood, a więc „La La Land” ma faktycznie bardzo duże szanse na wygraną.

Pomijając kwestie nagród idźcie na „La La Land, oglądajcie, zachwycajcie się pięknym obrazem i sami oceńcie, czy to najlepszy film 2016 roku.

Asia B&B

 

Advertisements

3 uwagi do wpisu “„La La Land” – czysta przyjemność oglądania

  1. Pingback: Oscary 2017 – wielkie odliczanie – Books & Beauty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s