Powrót genialnego detektywa – moje wrażenia po 4 sezonie „Sherlocka”

„Sherlock” to prawdziwy fenomen wśród seriali. Historia genialnego detektywa przeniesiona z wiktoriańskiej Anglii do współczesnego Londynu, od pierwszego odcinka zdobyła rzesze fanów. Holmes posługuje się telefonem komórkowym i internetem, wysyła SMS-y i pisze posty na twitterze, a jego wierny kompan, Watson, opisu kolejne rozwiązane sprawy na blogu. Wszystko okraszone jest doskonałą obsadą, z Benedictem Cumberbatchem w roli tytułowej oraz Martinem Freemanem wcielającym się w postać Watsona na czele, a także całą rzeszą świetnych postaci drugoplanowych. To musiało się udać. Twórcy, Steve Moffat oraz Mark Gatiss, dosyć luźno interpretują oryginalne dzieła Arthura Conana Doyla, który stworzył postać detektywa. Oprócz przeniesienia narracji do czasów współczesnych, łączą historie, przeplatają je, dokładają nowe wątki, ogólnie bawią się całą koncepcją Sherlocka. Ja też dałam się porwać urokowi Holmesa na miarę XXI wieku. Trzeba jednak przyznać, że twórcy serii poddają fanów próbom cierpliwości.Od 2010 roku, kiedy zadebiutował pierwszy sezon, pojawiły się cztery odsłony każda po trzy odcinki, plus jeden odcinek specjalny. W sumie do tej pory ukazało się trzynaście odcinków. W ciągu sześciu lat. To naprawdę niewiele, nawet mimo pocieszenia w postaci długości każdego odcinka, czyli dziewięćdziesięciu minut.

sherlock-s4

Nie chcę Was wprowadzać w wydarzenia rozgrywające się w pierwszych trzech sezonach, bo pewnie już je widzieliście, a poza tym w poprzednich latach napisano o tym już chyba wszystko. Niedawno jednak skończył się najnowszy sezon, czwarty, na który czekaliśmy dwa lata. I jak moje wrażenia? Czy to wciąż ten sam Sherlock, którego poznaliśmy w 2010 roku? Obawiam się, że nie. Czy to źle? Każdy powinien obejrzeć i sam sobie odpowiedzieć na to pytanie. Poniżej kilka moich przemyśleń. Postaram się pisać bez spojlerów, bo jednak w przypadku serialu o zagadkach i tajemnicach, podanie chociaż jednego detalu czy rozwiązania naprawdę psułoby zabawę z oglądania.

Co na plus? Na pewno bohaterowie, to jednak wciąż największa siła tego serialu. Sherlock w wykonaniu Cumberbatcha, z jego głębokim głosem i powiewającym eleganckim płaszczem, wciąż robi pozytywne wrażenie. Jest złośliwy, inteligenty, na pierwszy rzut oka pozbawiony uczuć (chociaż w tej serii obserwujemy częściej jego ludzkie oblicze), odważny i przenikliwy. W kontekście rozwiązywania zagadek najlepiej wypadł drugi odcinek, w którym Holmes stara się obnażyć prawdziwą twarz genialnego miliardera (Toby Jones). Ma też jednak pewne wątpliwości (co wcześniej zdarzało się baaardzo rzadko), zaczyna doceniać osoby wokół siebie, ale ma też gorsze chwile. Dla mnie jednak ulubioną postacią chyba już zawsze będzie skromny John Watson grany przez rewelacyjnego Martina Freemana. Watson od pierwszej serii pozostaje w cieniu wielkiego detektywa, zawsze jest krok za nim, również w kwestii dedukcji. W najnowszej odsłonie pokaże jednak, że potrafi się też przeciwstawić, że ma swoją mroczną stronę, pojawi się rysa na jego nieskazitelnym wizerunku. Pogłębi się jego relacja z Sherlockiem, pokaże mu, że jest dla niego niezbędny. Jak już wspominałam serial to także mnóstwo aktorów drugoplanowych, którzy często kradną sceny, w których się pojawiają. Tak jest ze wspaniałą panią Hudson, bratem Holmesa Mycroftem czy inspektorem Gregiem Lestradem. Tu pojawia się pierwszy minus dotyczący czwartego sezonu – część ważnych i ciekawych bohaterów zostaje zepchnięta nawet nie na drugi, ale na trzeci plan, chociażby wspomniany inspektor. Mogli dostać kilka minut więcej na ekranie, zwłaszcza, że zazwyczaj mają rolę „rozładowywaczy” napięcia wątkiem humorystycznym.

538983-sherlock-s04e03-benedict-cumberbatch-martin-freeman-mark-gatiss

Wróćmy jednak do zalet sezonu. Zwłaszcza trzeci odcinek obfituje w niesamowite napięcie. Sherlock, Watson oraz Mycroft zostaną wystawieni na największe próby przez… nie, nie mogę Wam powiedzieć 🙂 Ale ich ostatni przeciwnik, który zresztą przewija się w dwóch pierwszych odcinkach, jest naprawdę nieobliczalny i gotowy na wszystko. Były momenty, że w napięciu wstrzymywałam oddech w oczekiwaniu na ciąg dalszy. W serialu nie brakuje jednak wątków komediowych, i chociaż w czwartym sezonie ze względu na mroczniejszy klimat jest ich mniej, to jednak też się pojawiają. Humor wynika głównie z nieprzystosowania Sherlocka do normalnego życia w społeczeństwie (np. scena zabawy z dzieckiem) oraz z jego relacji z innymi, zwłaszcza z Watsonem i Mycroftem. Panowie dogadują sobie nawzajem i rzucają złośliwymi, aczkolwiek inteligentnymi komentarzami.

Na plus zaliczam też doskonałą scenerię. Zawsze podobało mi się mieszkanie Sherlocka – zagracone, w starym stylu, ale doskonale odzwierciedlające umysł geniusza, taki logiczny chaos. W czwartym sezonie mamy też możliwość obejrzenia rodzinnego domu Holmesów na angielskiej wsi. Jednak największe wrażenie robi tajne więzienie Sherrinford. To tam rozgrywają się największe dramaty trzeciego odcinka. Klimat został jakby żywcem wyjęty z filmów grozy takich jak „Cube” czy „Piła” (widziałam tylko pierwszą część…). Klaustrofobiczna atmosfera, ponure kolory i minimalistyczny wystrój tylko podkreślały dramaturgię sytuacji.

Co więc nie do końca mi w czwartym sezonie zagrało? Uważam, że pierwszy odcinek tej odsłony był bardzo słaby. Naprawdę, tak mniej więcej od połowy oglądałam go tylko dlatego, że to „Sherlock” i wciąż miałam nadzieję, że się zaraz poprawi. Za dużo było w nim Mary, żony Watsona, która już w poprzednim sezonie okazała się być tajnym szpiegiem. Przez to ten odcinek to był bardziej thriller szpiegowski o Mary, próbującej prowadzić normalne życie, niż o samym Sherlocku i zagadkach kryminalnych. Niestety Mary nie podeszła mi jako postać od samego początku, jej rola została niepotrzebnie rozbudowana i eksploatowana. Wątek pani Watson zakończył się jednak w sposób smutny, ale jak dla mnie całkowicie satysfakcjonujący (nic więcej nie powiem :)).

sherlock_4-1_29

Dużo krytyki spadło na twórców za trzeci odcinek, zamykający sezon, a być może też cały serial (Moffat i Gaddis wciąż nie zdradzili, czy Sherlock powróci w piątym sezonie). Muszę się zgodzić, że mimo napięcia i świetnego przeciwnika, pojawia się tyle błędów i nielogiczności, że momentami trudno to przełknąć. Niestety najbardziej rozczarowała mnie scena rozwiązująca główną zagadkę – po prawie półtorej godziny napięcia, trudnych wyborów, cierpień fizycznych i psychicznych, wystarczyło 30 sekund rozmowy z Sherlockiem twarzą w twarz, aby zakończyć całą sprawę. Wierzę, że z tej sceny można było wycisnąć jeszcze więcej, zwiększyć jej realizm i stopień prawdopodobieństwa.

Pisałam już wcześniej o tym, że kilku bardzo lubianych bohaterów ma okrojony swój udział w scenariuszu. Więcej jest natomiast Mycrofta. Jego relacja z młodszym bratem to zawsze była serialowa perełka – psychologiczna walka dwóch wybitnych geniuszy to doskonały temat. Mycroft uchodził za tego inteligentniejszego z braci, w czwartym sezonie jednak możemy mieć co do tego wątpliwości. Popełnia błędy, jest niepewny swoich decyzji i daje się łatwo przejrzeć i manipulować. To nie ten sam Mycroft, do którego byliśmy przyzwyczajeni. Tak naprawdę to on stoi za całym problemem, który pojawia się w czwartym sezonie, chociaż robi to nieświadomie. Mam jednak wrażenie, że starszy Holmes z poprzednich sezonów nie pozwoliłby sobie na takie słabości i niedopatrzenia.

Serial jest wciąż rewelacyjny, trzyma w napięciu, aktorzy grają doskonale, ale jednak czegoś w nim brakuje. Pierwsze dwa sezony zachwycały w każdej warstwie – narracyjnej, wizualnej, logicznej. Wszystko grało jak z nut. Trzeci sezon był nieco słabszy, na tyle słabszy, że bardzo mało z niego pamiętam (fakt, że premiera była dwa lata temu, ale jednak to wciąż niepokojące). Mogło to też wynikać z tego, że na koniec drugiego sezonu pożegnaliśmy się z Moriartym – arcywrogiem Holmesa. Postać Moriartego wciąż się przewija w serialu, co chwilę podrzucany nam jest trop mający wzbudzić w widzach najważniejsze pytanie – czy on na pewno zginął? Nawet przeciwnik z czwartego sezonu, sam w sobie genialny, nie dorównuje mu charyzmą i charakterem (chociaż, jak się dowiemy, mieli oni ze sobą nawzajem do czynienia). Moriarty, mimo że jest postacią do gruntu złą, cieszył się ogromną popularnością wśród fanów serii. I nie ma się czemu dziwić – jest naprawdę genialny, z mrocznym charakterem i szaleństwem w oczach (duża tutaj zasługa grającego go Andrew Scotta). Przeciwnik w czwartym sezonie, równie szalony i nieprzewidywalny, gra przede wszystkim na uczuciach i emocjach głównych bohaterów.

sherlock-season-4-netflix

Co będzie dalej z Sherlockiem? Nie wiadomo, twórcy póki co droczą się z fanami i nie chcą nic zdradzić. Pewne jest jedno – Cumberbatch i Freeman to teraz wielkie gwiazdy filmowe i może być im trudno znaleźć czas w grafiku na kolejne sezony. Mimo kilku minusów z wielką przyjemnością zasiadłam do oglądania czwartego sezonu (nie zniechęcajcie się pierwszym odcinkiem, w moim odczuciu najsłabszym w sezonie, o ile nie w całym serialu) i przyznam szczerze, że jeżeli Moffat i Gaddis zdecydują się kręcić „Sherlocka” dalej, to ja na pewno będę czekać kolejny rok na nowy sezon. To bardzo dobry serial, wyprzedzający inne produkcje dzięki świetnym bohaterom, namnożeniu zagadek i tajemnic, rewelacyjnemu scenariuszowi i po prostu doskonałej, wciągającej historii.

Asia B&B

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Powrót genialnego detektywa – moje wrażenia po 4 sezonie „Sherlocka”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s