„Istota zła” – kryminał w alpejskiej scenerii

Lubię kryminały. Nie jest to gatunek literacki, który czytam bardzo często, ale raz na jakiś czas z przyjemnością robię sobie przerwę od reportaży czy powieści obyczajowych i historycznych. Ostatnio moja uwagę przyciągnął tytuł „Istota zła” autorstwa Luca D’Andrei (Wydawnictwo WAB, 2016) rozgrywający się w scenerii Alp.

Książkę czyta się bardzo szybko. Mimo 475 stron tekstu przeczytałam ją w 3 dni, aczkolwiek muszę przyznać, że początkowo była mało wciągająca i nieco mi się dłużyła. Historia opowiadana jest z perspektywy Jeremiasza Salingera, filmowca, który wraz z żoną i pięcioletnią córeczką przenosi się do małej miejscowości położonej w Alpach, gdzie mieszka jego teść. Postanawia nakręcić film dokumentalny o pracy ratowników górskich. Wyrusza wraz z ekipą ratunkową na jedną akcję, ale  w trakcie jej trwania dochodzi do tragedii i wszyscy oprócz niego giną. Od tego momentu Jeremiasz zmaga się z atakami paniki i zespołem stresu pourazowego. W trakcie rekonwalescencji natrafia na niewyjaśnioną do tej pory historię z przeszłości – w trakcie ogromnej zamieci w 1985 roku troje młodych ludzi zostało brutalnie zamordowanych. Sprawca nigdy nie został złapany. Główny bohater, mimo niezadowolenia żony i teścia, coraz bardziej angażuje się w sprawę i stara się odkryć prawdę. Na dodatek mieszkańcy małego miasteczka, na pierwszy rzut oka mili i sympatyczni, z niechęcią odnoszą się do jego śledztwa i sprawiają wrażenie jakby coś ukrywali…

To tyle jeżeli chodzi o fabułę. Jeremiasz powoli tworzy obraz tego, co się wydarzyło w przeszłości. Zbiera fakty, zadaje dużo pytań, grzebie w przeszłości. Większość jego rozmówców początkowo wzbrania się przed rozmową, ale z czasem zaczynają się otwierać. W zasadzie większość rozdziałów to rozmowy bohatera z ludźmi z miasteczka – puzzle wskakują na swoje miejsce. Jak to zazwyczaj bywa w takich historiach, jest sporo zwrotów akcji. Jeremiasz kilkukrotnie myśli, że już zakończył poszukiwania, że odkrył, kto jest mordercą, że poznał motyw, ale za każdym razem myli się. I tak naprawdę prawdziwego mordercę poznajemy dopiero na ostatnich stronach książki, chociaż muszę przyznać, że sam motyw zbrodni i jej skala wydały mi się nieco naciągane.

Drugim ważnym wątkiem prowadzonym w powieści jest życie rodzinne Jeremiasza. Jego żona, Annelise, nie chce żeby mąż zajmował się pracą, tylko odpoczywał i dochodził do siebie po traumatycznym wydarzeniu. Nie dziwi więc fakt, że nie jest zadowolona, gdy odkrywa, że Jeremiasz bawi się w detektywa. Ich córeczka, Clara, okazuje się być dla Jeremiasza najlepszym lekarstwem. Jest bardzo inteligentna jak na swój wiek, chociaż niestety ma też denerwującą zabawę w liczenie ilości liter w wyrazach (rozumiem, że autor chciał, żeby ten motyw przewijał się przez całą powieść, ale dla mnie było tego stanowczo za dużo). Główny bohater nie wzbudził do końca mojej sympatii. Jego upór w odkrywaniu prawdy, tak przecież ważny dla detektywów, tutaj ma znamiona obsesji. Zdaje on sobie z tego sprawę, traktuje dochodzenie jak radzenie sobie z traumą, mówi wprost: „I tak oto uwierzyłem w rzecz szaloną. Jeżeli odnajdę zabójcę z Bletterbach, pokonam Bestię„. Ale robi to nawet wtedy, gdy cierpią wszyscy dookoła, włączając w to jego rodzinę. Żona i córeczka czują się oszukiwane i pomijane (co zresztą w pewnym momencie doprowadzi do tragedii), sprawa morderstwa staje się dla Jeremiasza najważniejsza. Okłamuje najbliższych, wielokrotnie mówi, że już z tym skończył, lawiruje między półprawdami i niedopowiedzeniami. Ciągle coś obiecuje i łamie te obietnice. I chociaż bardzo chcemy odkryć razem z nim prawdę, to jednak to, jak traktuje swoje ukochane osoby budzi mój sprzeciw.

Jak wspominałam wcześniej, początek rozkręcał się dosyć nieśpiesznie. Owszem, już w pierwszej części obserwujemy wypadek, w trakcie którego ginie ekipa ratunkowa, ale ogólnie akcja jest spokojna. Poznajemy też wspólnika Jeremiasza, Mike’a, i ich filmową przeszłość. I nawet, gdy Salinger rozpoczyna już swoje śledztwo, to początkowo zbierane informacje nie wciągają nas za bardzo. Z czasem jednak (na szczęście) to się zmienia i opowieść nabiera niezbędnego w przypadku kryminałów tempa. Łapałam się na tym, że analizowałam każdego rozmówcę i zastanawiałam się nad tym, czy to on mógł stać za morderstwem. W pewnym momencie pojawia się nawet wątek „fantastyczno-prehistoryczny” i już, już prawie wierzymy, że kryminał zamieni się w horror z pradawną bestią żyjącą w górach 🙂 Tropy mieszają się, teorie układają i rozsypują, błądzimy razem z Jeremiaszem i szukamy odpowiedzi. Ostateczne rozwiązanie tajemnicy morderstwa może jednak trochę rozczarować.

„Istota zła” to dobry kryminał, trzyma w napięciu, pozwala pogłówkować wraz z bohaterem, poukładać rozsypane kawałki w całość i rozwiązać zagadkę. Książka zyskuje też ze względu na ciekawą górską scenerię, która już z opisów sprawia wrażenie spektakularnej i zapierającej dech, ale też przytłaczającej i niebezpiecznej. Na każdym kroku czai się piękno przemieszane ze zgrozą. Ostatecznie jednak zło zostaje ukarane, dobro i prawda zwycięża, mimo, że po prawie 30 latach, a sprawiedliwości staje się zadość. Po przeczytaniu książki pozostaje pewien niedosyt i raczej jest to książka „na raz” – ja już raczej do niej nie wrócę. Można jednak przymknąć oko na pewne minusy i dać się wciągnąć w ten alpejski kryminał.

Asia B&B

 

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “„Istota zła” – kryminał w alpejskiej scenerii

  1. Pingback: Książkowe podsumowanie stycznia – Books & Beauty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s