„Mam na imię Lucy” -o rodzinnych pretensjach i wybaczeniu

Temat kontaktów w rodzinie, w tym przede wszystkim na linii rodzic – dziecko, jest często eksploatowany w literaturze i filmach (widzieliście „Sierpień w hrabstwie Osage” z genialną Meryl Streep? Zobaczcie koniecznie!). Walka pokoleń, wzajemne pretensje, niepewność uczuć (lub ich całkowity brak), próba porozumienia i wybaczenia. To jeden z najpopularniejszych obyczajowych motywów we współczesnej kulturze. Ostatnio miałam okazję przeczytać powieść „Mam na imię Lucy” autorstwa Elizabeth Strout, poruszającą ten temat. Powieść ta została wybrana przez magazyn „Książki” najlepszym tytułem 2016 roku, dlatego z ogromnym zainteresowaniem po nią sięgnęłam, aczkolwiek nie do końca spełniła moje oczekiwania. Ale o tym więcej za chwilę.

Najpierw kilka słów o stronie technicznej. „Mam na imię Lucy” (Wielka Litera, 2016) jest bardzo ładnie wydana, lubię takie minimalistyczne projekty okładek w stonowanych kolorach. Powieść czyta się niesamowicie szybko – ma zaledwie 200 stron drukowanych bardzo dużą czcionką. Tak naprawdę zaczęłam ją czytać rano w drodze do pracy, a skończyłam wieczorem w domu. Nie ma też bardzo dużo opisów, w zasadzie większość treści stanowią rozmowy.

I to właśnie te rozmowy – między córką, tytułową Lucy, a jej matką – są tutaj najważniejsze. Panie spotykają się w szpitalu, gdzie młodsza z nich przechodzi szereg badań mających na celu zdiagnozowanie tajemniczej choroby. Matka spędza przy łóżku córki pięć dni i nocy i w tym czasie dużo rozmawiają, głównie o przeszłości. Z tych rozmów i strzępów wspomnień Lucy (narracja jest pierwszoosobowa) dowiadujemy się, że jej dzieciństwo, delikatnie mówiąc, nie było usłane różami. Rodzina była bardzo biedna, mieszkała przez jakiś czas w garażu, a dzieci (oprócz Lucy jeszcze jej brat i siostra) były ciągłym obiektem drwin w szkole i otoczeniu. Te smutne wspomnienia w znacznym stopniu odbiły się na życiu Lucy. Kobiety nie rozmawiają jednak o ich życiu rodzinnym, widać, że starsza z nich nie chce poruszać tych tematów, dlatego głównie plotkują o dawnych znajomych i wspominają różne wydarzenia z życia miasteczka (zdrady, rozwody, ciąże itd.). Wiemy także, że matka i córka bardzo dawno się nie widziały (ojciec Lucy walczący w czasie II wojny światowej nie może wybaczyć córce, że wyszła za mąż za mężczyznę niemieckiego pochodzenia) i początkowo mamy wrażenie, że ich pięciodniowe spotkanie będzie doskonałą okazją, żeby wyrzucić z siebie wszelkie żale i zatajone urazy. Tak się jednak nie do końca dzieje. Obie wciąż lawirują tematami, wiemy, o czym myśli Lucy, chciałaby zapytać o pewne rzeczy, ale wie, że nie uzyska odpowiedzi. Matkę interesuje tylko przeszłość, nie pyta, co u córki słychać obecnie.

Ciekawą postacią jest Lucy – jak dla mnie jedyny jasny punkt w tej osobliwej powieści. Traumy z dzieciństwa siedzą w niej bardzo głęboko (np. boi się wypowiadać słowo „wąż”, ponieważ gdy była mała rodzice na cały dzień zamykali ja w brudnej furgonetce i pewnego razu okazało się, że zamknięty został także wąż – czy specjalnie, tego nie wiemy). Mimo trudności w domu rodzinnym, uczyła się bardzo dobrze i wymarzyła sobie pracę pisarki („będę pisać i ludzie nie będą się czuli tacy samotni”) i ten cel osiąga. Wyjeżdża do Nowego Jorku, zakochuje się, bierze ślub, ma dwie urocze córki, żyje dostatnio i satysfakcjonująco. Ale nie do końca jest szczęśliwa. Nie może pogodzić się z tym, że nie ma kontaktu z rodzicami, że jej córki nie widują dziadków. Wyrzuca sobie ciągłe braki w kulturze (jako dziecko nie miała telewizora ani książek), czuje, że jest gorsza od otaczających ją ludzi. Ale idzie śmiało przed siebie i osiąga sukces. Pod koniec powieści, może w końcu z dumą powiedzieć „mam na imię Lucy”, już się tego nie wstydzi. Jej zupełnym przeciwieństwem jest matka – oschła i zimna osoba, która rzadko okazuje uczucia (nie potrafi nawet odpowiedzieć na pytanie córki, czy ją kocha). Trudno ją polubić, nawet jeżeli się wie, przez co musiała przejść w swoim życiu. Tak jakby te przeciwności wyprały ją z wszelkich uczuć, stała się obojętna na miłość, ciepło i radość.

Tak jak pisałam wcześniej, dialogi składają się na większość treści. Niestety ta forma przekazu nie do końca do mnie trafiła. Rozmowy matki i córki są bardzo powierzchowne. Odniosłam wrażenie, że Lucy cały czas boi się swojej matki (w dzieciństwie była bita przez oboje rodziców) i nie chce jej zadawać pytań, mogących wywołać gniew. Dlatego, jak tylko padnie jakieś bardziej osobiste pytanie, Lucy od razu się wycofuje. Niestety według mnie książka bardzo na tym traci. Rozumiem, że obu kobietom trudno jest rozmawiać po wielu latach i po tym, co obie przeszły, ale mimo wszystko ich dyskusje są bardzo nierzeczywiste. Czytając powieść, próbowałam niektóre dialogi włożyć w usta osób, które znam, wyobrażałam sobie, że je wypowiadają i brzmiało to nieco fałszywie, sztucznie. Temat jest bardzo ciekawy – dawne traumy z dzieciństwa, walka z własnymi demonami, próba pojednania z matką, wyjaśnienia pretensji, nieodwzajemnionych uczuć. Ale jego sposób podania nie do końca do mnie przemówił. Wolałabym raczej pełniejszą powieść, z głębszym wejrzeniem w uczucia obu kobiet, a tak większość pozostaje niedopowiedziana, a przez to jakby nieskończona. Na końcu czujemy, że doszło do wybaczenia, że do tego nie zawsze potrzeba jest wielu słów czy spektakularnych gestów, ale jednak czegoś mi zabrakło.

Bardzo prosty jest także język pisania. Wspominałam już, że narratorką jest Lucy, a więc wychowana w biednej rodzinie kobieta z brakami w nauce i kulturze. Język to bardzo dobrze oddaje – zdania są raczej krótkie i proste. Lucy w swojej opowieści porusza sporo wątków ze swojego bieżącego życia – małżeństwo (chociaż kilka razy podkreśla, że nie jest to opowieść o jej małżeństwie), wychowanie córek, spotkanie ze sławną nowojorską pisarką, przyjaźnie. Ale tak, jak rozmowy z mamą, te motywy również są bardzo powierzchowne. Dowiadujemy się np. że Lucy miała bliskiego przyjaciela Jeremiego. Nie dowiadujemy się o nim zbyt dużo, oprócz tego, że mieszka w tej samej kamienicy i umiera na AIDS. Lucy pisze, że go kochała, ale my, czytelnicy, nie czujemy tej miłości. W ogóle Lucy pisze kilkakrotnie o różnych mężczyznach, że darzyła ich miłością, ale wydaje mi się, że wynikało to z jej braku doświadczenia z prawdziwą miłością, wyniesioną z domu rodzinnego i przez to myliła szczere uczucie z zauroczeniem albo fascynacją.

Elizabeth Strout jest bardzo cenioną amerykańską autorką. Za powieść „Olive Kitteridge” otrzymała nagrodę Pulitzera (na podstawie tej książki powstał świetny miniserial z  rewelacyjną Frances McDormand w roli tytułowej), a każdy jej kolejny tytuł jest dużym wydarzeniem literackim. Po takich rekomendacjach, plus werdykt „Książek”, sięgnęłam po „Mam na imię Lucy” bez wahania. Nie jest to jednak rodzaj literatury, który do końca do mnie przemawia. Lubię powieści obyczajowe, z ciekawymi bohaterami, wątkami psychologicznymi, rodzinnymi, ale niestety ta książka do mnie nie trafiła. Mimo wszystko zachęcam do zapoznania się z nią i wyrobienia sobie własnej opinii.

Asia B&B

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “„Mam na imię Lucy” -o rodzinnych pretensjach i wybaczeniu

  1. Pingback: Książkowe podsumowanie miesiąca – Books & Beauty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s