„Nowy początek” – o potrzebie rozmawiania

Według mojego wewnętrznego planu artykułów na blogu, jako następny wpis miała się pojawić recenzja „Miasta Archipelag” (i na pewno będzie!), ale nie sądziłam, że w międzyczasie obejrzę doskonały film, który zmusi mnie do napisania kilku słów na jego temat. Wczoraj wybraliśmy się na produkcję, która jest na mojej liście „must-see” – „Nowy początek” (org. „Arrival”, reż. Denis Villeneuve) i muszę przyznać, że była to wspaniała uczta filmowa.

Od jakiegoś czasu niektórzy twórcy filmów science-fiction stawiają bardziej na klimat opowieści, na emocje bohaterów oraz na podłoże naukowe niż na wymyślne efekty specjalne. Przykładem obrazów z ostatnich lat, które wpisują się w ten nurt jest „Interstellar” Nolana, „Grawitacja” Cuaróna, „Marsjanin” Scotta czy „Ex Machina” Garlanda (ten reżyser pracuje zresztą nad kolejnym filmem z tego rodzaju – „Annihilation”). Oczywiście doskonałych efektów w nich nie brakuje, ale w filmach tych nie kładzie się nacisku na spektakularne wybuchy, coraz wymyślniejszy wizerunek obcych czy patetyczną wojnę między światami. I do tego zacnego grona świetnych filmów ze świata fantastyki naukowej dołącza „Arrival”.

W dwunastu różnych miejscach na całym świecie pojawiają się olbrzymie obiekty o owalnym kształcie i zawisają kilka metrów nad ziemią. Państwa próbują nawiązać kontakt z przybyszami i wkrótce im się to udaje, ale ze strony obcych pojawiają się jedynie niezrozumiałe dźwięki. Nie wiadomo jakie są zamiary niezapowiedzianych gości – co prawda nie są agresywni, nie atakują, ale nie wiadomo też, w jakim celu się pojawili. Rząd amerykański prosi o pomoc Louis – ekspertkę w dziedzinie lingwistyki – oraz Iana – wybitnego fizyka. Ich zadaniem jest próba zrozumienia języka obcych oraz poznanie ich zamiarów wobec Ziemi. Sam proces porozumiewania się trwa długo, ale stopniowo pojawiają się małe sukcesy. Okazuje się jednak, że nie wszystkie państwa chcą czekać z założonymi rękami na rozwój wypadków i podburzane zniecierpliwioną opinią publiczną, dążą do konfrontacji.

Przesłanie filmu dosyć szybko staje się jasne – bez wzajemnego porozumiewania się niemożliwe jest wspólne działanie. I nie dotyczy to tylko relacji ludzkość-obcy. Okazuje się, że ludzie mają z tym duży problem, co jest przyczyną większości konfliktów. Co ciekawe w filmie w momencie, gdy Louis zaczyna osiągać postępy w nawiązywaniu kontaktu z obcymi, wśród ludzi dzieje się coś zupełnie odwrotnego – współpraca zostaje zerwana, a ekrany z ekspertami z całego świata wyłączone. Nie chcą już ze sobą rozmawiać, słuchać, co inni mają do powiedzenia i przez to kolejna wojna wisi na włosku. Mówimy różnymi językami, ale wszyscy pragniemy być szczęśliwi, kochani i żyć w pokoju. Twórcy filmu chcą nam powiedzieć, że jedność i harmonia jest możliwa, ale musimy słuchać swoich potrzeb, rozmawiać o nich, starać się nawzajem zrozumieć.

„Arrival” to popis aktorski Amy Adams. Jej gra jest bez zarzutu. Louis jest początkowo wycofana, niepewna swoich możliwości, najzwyczajniej się boi, zarówno obcych, jak i tego, czy podoła wyzwaniu. Ale bardzo szybko staje pewniej na nogach, to ona wykona pierwszy ważny krok, który przyniesie przełom w kontaktach z przybyszami i wpłynie na dalsze wydarzenia. Zacznie chętniej podejmować ryzyko, a nawet przeciwstawiać się przełożonym i podważać ich decyzje. Adams świetnie oddaje te emocje – jej bohaterka jest targana wątpliwościami, ale ambitnie dąży do celu i nie poddaje się. Na końcu filmu dowiadujemy się także, że bohaterka stanęła przed bardzo trudnym wyborem moralnym i jej decyzja może być dla niektórych zaskakująca (nie chcę za dużo zdradzać, ale sama się zastanawiałam, co bym na jej miejscu zrobiła…). Co ciekawe to już drugi film Villeneuve’a (po „Sicario”), w którym główna rolę gra silna kobieta musząca odnaleźć się w świecie rządzonym przez mężczyzn. Ciekawie wypadają też role drugoplanowe Jeremy’ego Rennera oraz Foresta Whitaker’a, ale nie ma co ukrywać – ten film należy do Amy Adams.

pobrane

Film bardzo skupia się na emocjach bohaterów, pokazuje, co przeżywają, momentami jest bardzo intymny – szczególnie w chwilach, gdy zaglądamy do życia prywatnego głównej bohaterki (jest to bardzo ważny wątek, o którym nie można powiedzieć za dużo, nie narażając sie na spojlery). Przez cały czas czujemy powagę chwili, wiemy, że obserwujemy przełomowy moment w życiu Louis, towarzyszymy jej w trudnej podróży. Już kilka pierwszych scen jest niezwykle poruszających – ja po chwili miałam łzy w oczach. I taki emocjonalny, intymny nastrój utrzymuje się przez cały film. Jest raczej spokojnie, chociaż napięcia nie brakuje i z niecierpliwością czekamy na kolejne sceny. Czytałam, że nie wszystkim przypadł do gustu finał, ale mnie się on bardzo podobał, stanowił doskonałe zakończenie całej historii i klamrę narracyjną nawiązującą do początku.

I jeszcze na koniec kilka słów o stronie technicznej filmu. Muzykę skomponował Jóhann Jóhannsson, który wcześniej współpracował z reżyserem przy wspomnianym „Sicario”. Stworzył wówczas genialny soundtrack, który dodatkowo sprawił, że przez cały seans siedziałam na brzegu fotela. W przypadku „Arrival” muzyka jest nieco łagodniejsza, chociaż również doskonale podkręca nastrój (np. w rewelacyjnej scenie, gdy bohaterka leci helikopterem i pierwszy raz widzi statek obcych). Muzyka nie przytłacza, ale jest świetnym uzupełnieniem tego, co się dzieje na ekranie. Bardzo mi się podobały efekty specjalne. nie było ich dużo, dzięki czemu nie przeładowywały ekranu, ale były raczej subtelne i wysmakowane. Szczególnie zapada w pamięć pierwsze spotkanie Louis z obcymi oraz ich niesamowity język pisany – po prostu majstersztyk. Zdjęcia są rewelacyjne, ujęcia piękne, długie pozwalające cieszyć oko obrazem na ekranie, doskonale dobrane dźwięki (podkreślające nastrój wyciszenia, odgłosy przewracanych kartek, „język” obcych itp.) – ten film to także niesamowite doznanie estetyczne.

Co ważne, w scenariuszu nie ma naukowych zawiłości niezrozumiałych dla laików (to mi trochę przeszkadzało w „Interstellarze”). „Arrival” to pięknie opowiedziana historia o potrzebie rozmawiania, wymiany myśli, słuchania się nawzajem, czy raczej wsłuchiwaniu w czyjeś  pragnienia. Po prostu o potrzebie komunikowania się i zrozumienia ponad różnicami. Denis Villeneuve po raz kolejny pokazał, że jest świetnym reżyserem („Sicario” „Labirynt”), który potrafi w sposób intymny i wysmakowany opowiedzieć wielką historię. Jeden z najlepszych filmów, jakie ostatnio widziałam. Polecam!

Asia B&B

Reklamy

7 uwag do wpisu “„Nowy początek” – o potrzebie rozmawiania

  1. Bardzo cenny głos w temacie tego filmu. Wyjątkowy, bo kobiecy. Obejrzałem i przeczytałem już kilkanaście recenzji i proszę mi wierzyć, nikt nie napisał o tym filmie z taką wrażliwością. A przecież ten wątek matki i dziecka wymaga kobiecego, czułego spojrzenia. Spojrzenia z łzą w oku. Serdecznie dziękuję i zrobię link do tej strony na stronie mojej analizy filmu. Gorąco zachęcam do poznania mojego, zupełnie innego, lingwistycznego i mistycznego spojrzenia na ten film. http://dersu-uzala.info/cinema/nowy_poczatek/

    Polubione przez 1 osoba

  2. Pingback: Grudniowe inspiracje – Books & Beauty

  3. Pingback: Listopadowe inspiracje – Books & Beauty

  4. Pingback: „La La Land” – czysta przyjemność oglądania – Books & Beauty

  5. Pingback: Oscary 2017 – wielkie odliczanie – Books & Beauty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s