Jak zdobywano Dziki Zachód

Mit Dzikiego Zachodu od zawsze był bardzo silny w amerykańskiej świadomości. Niezbadane rozległe przestrzenie, nieposkromieni Indianie szarżujący na koniach, kowboje i małe miasteczka z saloonem i szeryfem dumnie noszącym złota gwiazdę na piersi. Gdy mówi się o Dzikim Zachodzie takie obrazy od razu stają nam przed oczami. Oczywiście USA w początkach swego istnienia zajmowało raptem 13 kolonii na wschodnim wybrzeżu. Po względnym unormowaniu swojej sytuacji polityczno-prawnej, młody kraj postanowił rozpocząć ekspansję na zachód. Szczytem rozwoju Stanów Zjednoczonych na zachodzie była wojna z Meksykiem oraz konflikty z plemieniem Nawahów w pierwszej połowie XIX wieku. Oczywiście ekspansja odbywała się pod szczytnymi hasłami Boskiego Przeznaczenia, którym Amerykanie tłumaczyli swoje prawo do zajęcia całego kontynentu.

Historia ta jest według mnie niezwykle fascynująca, ponieważ pokazuje, jaką siłą i determinacją dysponowały Stany w początkach swojej państwowości. Czytałam na ten temat dużo artykułów naukowych (w ramach studiów), ale często dotyczyły one nieiwielkiego urywku z dziewiętnastowiecznej historii USA (i podkreślam słowo NAUKOWE…). Brakowało mi jednak jednego, ciekawego opracowania poruszającego kwestię ekspansji Stanów na zachodzie. Dlatego z ogromną radością przyjęłam wydanie książki „Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu” autorstwa Hamptona Sidesa (Wyd. Czarne, 2016) w ramach niezawodnej, doskonałej Serii Amerykańskiej. Ogólnie mówiąc jest to rewelacyjna opowieść o tym, jak Stany weszły w posiadanie zachodniej części kontynentu, z jakimi wiązało się to trudnościami oraz jakie to skutki przyniosło, nie zawsze dobre.

Historia prowadzona jest kilkutorowo. Towarzyszymy wyprawie Johna Fremonta, amerykańskiego odkrywcy i wojskowego, który wyruszył na niezbadane tereny zachodnie, aby je lepiej poznać. Jego podróż zakończyła się sukcesem, a Fremont powrócił z licznymi mapami i rysunkami odkrytych regionów. Poznajemy także generała Kearny’ego, który dowodził armią amerykańską na zachodzie. Celem wojsk pod jego przywództwem było dotarcie do Oceanu Spokojnego i zajęcie Kalifornii, należącej do Meksykanów. W międzyczasie mieli przejmować inne tereny meksykańskie. Motyw wojny pojawia się także blisko dwie dekady później, gdy wybucha wojna secesyjna między stanami z północy i z południa. Kolejnym wątkiem jest historia Nawahów, odważnego i walecznego ludu indiańskiego zamieszkującego dzikie tereny należące do Meksyku. Siłą rzeczy Amerykanie, którzy chcieli przejąć ziemie meksykańskie, musieli być przygotowani także do walki z Indianami. I jest jeszcze czwarty wątek – po odkrywczym, wojskowym i indiańskim – życie i służba Kita Carsona, wybitnego trapera żyjącego na Dzikim Zachodzie, który łączy wszystkie powyższe historie. Można powiedzieć, że „Krew i burza” to tak naprawdę jego biografia opowiedziana na tle burzliwych wydarzeń w dziewiętnastowiecznej Ameryce Północnej. Jego losy przecinały się z innymi wybitnymi postaciami, które poznajemy na stronach książki, takimi jak generał Kearny, prezydent Polk czy wódz Nawahów, Narbona.

Kit Carson to postać niejednoznaczna. Jak wspomniałam, zanim USA rozpoczęło swoją ekspansję na zachód, żył na pograniczu kraju. Doskonale orientował się w sytuacji, znał te tereny bardzo dobrze, wiedział jak postępować z Meksykanami i Indianami. Nie dziwi więc fakt, że jego wiedza i umiejętności były wykorzystywane, zarówno przez Fremonta w czasie jego wypraw odkrywczych, jak i przez amerykańską armię. Czytając jego historię odniosłam wrażenie, że to idealny bohater romantyczny. Wiecznie pędzący na koniu w kolejnych misjach, odważny, małomówny, wręcz czasami gburowaty, kochający swoją żonę, która cierpliwie czekała na niego w ich wspólnym domu, rozdarty między wiernością państwu w czasie wojny, a odruchami człowieczeństwa dla Indian, czasami brutalny, ale potrafiący okazać współczucie, lojalny i oddany. Bardzo go polubiłam, czytałam jego historię z ogromnym zaangażowaniem. I aż byłam zaskoczona, że ten jeden człowiek brał udział w niemal każdym ważnym wydarzeniu, był zawsze tam, gdzie go Stany Zjednoczone potrzebowały. Do niego jak do nikogo pasuje sformułowanie, że stał się legendą za życia. Gdy tylko pojawiał się na wschodnim wybrzeżu, np. w Waszyngtonie, wzbudzał ogromny podziw i docenianie. Można powiedzieć, że był ówczesnym celebrytą. O jego odwadze i wyczynach krążyły liczne opowieści. Początkowo przekazywano je sobie ustnie, ale z czasem zaczęto je spisywać i w ten sposób powstały popularne książki, których bohaterem był właśnie Kit Carson. Seria ta nazywana była „Krew i burza”, stąd też tytuł całej książki Sidesa. Co ciekawe sam Carson wielokrotnie odcinał się od tych opowieści, uważając, że są przesadzone i niewiele mają wspólnego z jego prawdziwym życiem. Nie zmienia to jednak faktu, że mimo tego, że pozostawał bardzo skromny i nie potrafił odnaleźć się w wielkim świecie sławy, był postacią niezwykle popularną i podziwianą. Przemierzamy wraz z nim niezliczone kilometry wzdłuż i w poprzek Ameryki Północnej. Jechał wszędzie tam, gdzie został wysłany, wykonywał rozkazy i trudne misje (czasami wbrew swoim przeczuciom i sumieniu), był lubianym i podziwianym człowiekiem. Cieszę się, że mogłam poznać życie tak fascynującej postaci związanej z historią USA.

Bardzo mnie poruszył także wątek dotyczący Indian z plemienia Nawaho. Ten odważny lud musiał zmierzyć się z zupełnie nową rzeczywistością, jaką było przybycie białych ze Stanów Zjednoczonych. Do tej pory mieli do czynienia tylko z Meksykanami. Nawahowie słynęli z napadów, kradzieży i brutalności. Z biednymi i słabo uzbrojonymi Meksykanami często wygrywali potyczki. Ale nie spodziewali się tego, jaka siła nadciąga ze wschodu. Sides zapoznaje nas bardzo szczegółowo z cała historią kontaktów amerykańsko-nawahijskich.  Śledzimy liczne walki i bitwy, rozmowy pokojowe, które kończyły się z różnym skutkiem, podstępy (z obu stron) i niedomówienia. Oczywiście Indianie, ze swoimi metodami walki, z góry byli skazani na porażkę, ale opisy ich męstwa, sprytu i woli walki są naprawdę fascynujące. Tym jednak, co zrobiło na mnie największe wrażenie jest kwestia przesiedlenia pokonanych Nawahów do rezerwatów. Jest to fragment historii w Stanach Zjednoczonych, który do tej pory wzbudza wiele kontrowersji, potomkowie Indian (nie tylko Nawahów, ale też innych plemion) do dzisiaj nie mogą pogodzić się z decyzjami ówczesnych władz. Opis tego, na jakich warunkach się to odbywało, co się działo w trakcie przesiedleń, gdzie zostali przeniesieni, jak im się żyło (oczywiście źle) są bardzo poruszające, wręcz wzruszające. Ostatni fragment dotyczący tego tematu (ku mojemu zaskoczeniu z bardzo pozytywnym wydźwiękiem), czytałam w tramwaju, ale gdybym wiedziała, jak się ta historia kończy, to z pewnością poczekałabym na powrót do domu, bo nagle łzy stanęły mi w oczach i musiałam je bardzo powstrzymywać. Wspaniała opowieść o walce, wierności tradycji i sile wewnętrznej.

Historia opisana przez Sidesa jest opowiedziana niczym doskonała powieść. Wciąga od pierwszej strony, ma świetnych bohaterów z Kitem Carsonem i Indianami na czele, pięknie opisuje także kulturę i wierzenia Nawahów, prowadzi nas przez meandry fascynującej opowieści, gdzie nie wszystkie postaci są jednoznacznie dobre albo złe (nie ma co ukrywać – zarówno Amerykanie, jak i Indianie oraz Meksykanie mieli sporo kontrowersyjnych i wstydliwych epizodów) i mimo, że ogólnie historia amerykańskiej ekspansji na zachodzie jest mi znana, to tą książkę czytałam z wypiekami na twarzy i z ogromnym zainteresowaniem, co będzie dalej. Bardzo przy tym pomocne są mapki, które znajdują sie na początku książki. Wiele razy zaglądałam do nich, co pomogło mi umiejscowić wydarzenia dokładnie w miejscu i czasie. Jestem pod wrażeniem pracy nad materiałami źródłowymi, które zostały przeanalizowane przez autora na potrzeby książki, ponieważ często są to jedynie fragmenty relacji, listów, artykułów prasowych z XIX wieku, a więc siłą rzeczy mocno ograniczone ilościowo. Sides był jednak w stanie złożyc z nich wciągający obraz Dzikiego Zachodu.

Mit Dzikiego Zachodu jest w Stanach wciąż żywy i kultywowany. Czy Amerykanie mieli prawo zajmować kolejne tereny powołując się na Boskie Przeznaczenie? To pytanie często powraca dzisiaj, gdy USA, mieniąc siebie „Szeryfem Światowym”, podejmuje decyzje dotyczące innych rejonów ziemi, tłumacząc to szerzeniem demokracji. Odkładając jednak współczesne kwestie polityczne na bok, warto na pewno sięgnąć po historię z XIX wieku i zobaczyć, jak to wyglądało wówczas. Oprócz samej historii, polityki i wojen dostajemy tu doskonałą, wciągającą opowieść o Kicie Carsonie, człowieku, który miał ogromny wpływa na wydarzenia stanowiące dziedzictwo amerykańskiej historii.

Asia B&B

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Jak zdobywano Dziki Zachód

  1. Pingback: Seria Amerykańska – fascynujący świat kultury i historii USA – Books & Beauty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s