O trudnej pracy korespondenta wojennego

O Johnie Steinbecku jeszcze nie pisałam na blogu, chociaż jest on moim ulubionym pisarzem amerykańskim XX wieku. Jego „Grona gniewu” uważam za jedną z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek czytałam (klasyka! Kto nie czytał, gorąco zachęcam – naprawdę warto). Inne bardzo znane tytuły to „Na wschód od Edenu” czy „Myszy i ludzie”. Kilka lat temu, gdy odkryłam twórczość Steinbecka, polowałam na jego książki w antykwariatach, ponieważ niestety nie były one wznawiane. I tak udało mi się skompletować całkiem sporą kolekcję jego dzieł, aczkolwiek każda jest „z innej wsi”… Na szczęście całkiem niedawno Wydawnictwo Prószyński postanowiło wydać wszystkie tytuły Amerykanina, nawet te, które wcześniej po polsku nie były dostępne, i dzięki temu mogę sobie teraz uzupełnić biblioteczkę.

Ale tak naprawdę dzisiejszy wpis nie będzie o Steinbecku Piszę o nim, ponieważ wkrótce będę czytać jego reportaż „Dziennik z wyprawy do Rosji”, który został opatrzony zdjęciami najsłynniejszego fotografa wojennego Roberta Capy. I to właśnie ten fakt zainspirował mnie do stworzenia dzisiejszego tekstu (a więcej o Steinbecku na pewno napiszę przy okazji recenzowania „Dzienników”).

Jakiś czas temu wspominałam, że bardzo lubię reportaże dotykające tematu trudnej pracy korespondentów i fotografów wojennych. Gdy tylko pojawi się jakiś tytuł dotyczący tej dziedziny dziennikarstwa, od razu staram się taką książkę przeczytać. Nie sposób tu nie wspomnieć o genialnych reportażach Ryszarda Kapuścińskiego, i chociaż nie był on typowym korespondentem wojennym, to jednak był tam, gdzie działy się ważne rzeczy i potem dzielił się swoimi przejmującymi relacjami. Z jego dzieł wypływa obraz tego, jak pracuje dziennikarz zagraniczny, z jakimi trudnościami musi się zmierzyć i nawet jak czasami jego życie jest  zagrożone.

Tutaj chciałam poświęcić chwilę na małą dygresję związaną z dziennikarstwem. Nie będzie to żadnym odkryciem, ale praca dziennikarza dzisiaj bardzo różni się od tej sprzed dwudziestu lat i wcześniej. Dużo na ten temat dowiadujemy się właśnie od Kapuścińskiego, czy z innych relacji, o których będę jeszcze pisać dalej. Kiedyś korespondent zagraniczny był wysyłany w egzotyczne miejsce, gdzie rozgrywały się ważne wydarzenia polityczne, społeczne, wojenne, kulturowe. I tak naprawdę dopóki nie wysłał depeszy, telegramu, listu bądź nie zadzwonił z telefonu stacjonarnego, trudno było powiedzieć, co się z nim dzieje i na jakim jest etapie prac. Fotografia prasowa była bardzo doceniana, ponieważ czasami stanowiła jedyne świadectwo jakiegoś zdarzenia (zdjęcia Capy z lądowania aliantów w Normandii są perełką fotograficzną i jednymi z najbardziej znanych zdjęć z II wojny światowej), fotoreporter miał ograniczone możliwości (klisza, niebezpieczeństwo naświetlenia zdjęcia, brak możliwości podglądu itd.), dlatego zdjęć było mało, ale były one dopracowane, jedną klatką zdjęciową opowiadając historię. Capa jest autorem jednego z najsłynniejszych cytatów fotograficznych: „Jeśli twoje zdjęcia nie są wystarczająco dobre, nie jesteś wystarczająco blisko„. A dzisiaj? Tak naprawdę każdy może być „dziennikarzem”, wystarczy że ma telefon komórkowy i znajdzie się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu. Filmik nakręcony komórką trafia do serwisów informacyjnych i jest prezentowany na równi z profesjonalnymi materiałami. Oczywiście dodatkowym atutem jest Internet, który umożliwia rozesłanie informacji w ekspresowym tempie do każdego zakątka świata. Gazety drukowane stały się teraz głównie narzędziem publicystycznym, dostarczającym opinii, ale nie newsów, ponieważ te są dostępne w Internecie 5 minut po danym wydarzeniu. Koniec dygresji

Książki, o których chciałam napisać dzisiaj dotyczą tej poprzedniej epoki, sprzed Internetu i wszechobecnych komórek. Dziennikarze zagraniczni mierzyli się wtedy z większymi problemami, chociażby ze względu na to, że z powodu braku stałego kontaktu z najbliższymi, byli skazani na samotność i niejednokrotnie depresję. Są to często osoby, które mają ogromną wrażliwość emocjonalną, potrafią dostrzec ból i smutek w czyichś oczach i uwiecznić to na zdjęciu bądź w artykule, ale potem to spojrzenie będzie ich prześladować po nocach.

20161004_222526

Jednym z najwybitniejszych polskich fotografów wojennych był Krzysztof Miller. Jeszcze zanim przeczytałam jego książkę „13 wojen i jedna” (Wyd. ZNAK, 2013) znałam jego zdjęcia przedstawiające m.in. konflikt w RPA czy w Abchazji. Miller zmarł we wrześniu tego roku, nie było tajemnicą, że zmagał się z depresją wynikającą z jego doświadczeń reporterskich. Reportaż „13 wojen…” jest bardzo przejmującą relacją z jego podróży po świecie. Był w wielu miejscach targanych wojnami i rewolucjami, gdzie widział śmierć z bliska i cierpiał wraz z ofiarami wojny. Ale chyba jego najsłynniejszą, i zarazem najbardziej wstrząsającą, fotografią jest ta zrobiona w obozie dla uchodźców w Zairze, przedstawiającą troje umierających z głodu dzieci. Do tej pory, jak sobie ją przypominam mam ciarki na plecach i aż boję się myśleć, co czuł Miller, gdy naciskał spust migawki. Sam autor zdjęcia tak napisał o tym doświadczeniu: „(…) głód tylko fotografowałem, więc nie mam prawa o nim pisać. Czy głód zresztą jest opisywalny? Głód jest fotograficzny. Łatwiej spojrzeć, nacisnąć i odejść. Trudniej wejść w ciało i w głowę głodującego człowieka. Poczuć, jak jest naprawdę, i opisać tę prawdę. Więc muka – mówią głodni sytym, gdy ci próbują za nich mówić. Dlatego fotografowałem. Robiłem zdjęcia, chwytałem ich przed śmiercią, by oni sami, milcząc, mówili. By nie zamilkli”. Książka nie jest łatwa w odbiorze. Na początku mogą denerwować krótkie urywane zdania, które wprowadzają chaos do narracji. Ale gdy już się do tego przyzwyczaimy, wchodzimy wraz z autorem do jego trudnego świata, w którym na każdym kroku napotykał cierpienie i smutek. Możemy wczuć się w położenie zarówno jego, jak i bohaterów zdjęć, razem z nimi wędrować po ulicach Tbilisi, spoglądać w lufy żołnierzy czeczeńskich i podglądać mieszkańców Bukaresztu w 1989 roku. Miller był niesamowitym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości, potrafił wychwycić coś, obok czego inny przeszedłby obojętnie, dostrzec w tym głębię. Uwielbiał fotografować ludzi i za pomocą jednego zdjęcia opowiadać ich historię. Fascynująca lektura i tym bardziej boli fakt, że Miller już żadnego przejmującego zdjęcia nie zrobi. „13 wojen…” zawiera nie tylko świetną relację z wyjazdów dziennikarskich autora, ale też mnóstwo jego zdjęć. Lektura trudna, ale warta wysiłku.

Kolejną książką z tej serii, którą chciałam polecić jest „Bractwo Bang Bang” autorstwa Grega Marinovicha i João Silvy (Wyd. Sine Qua Non, 2012). Tytuł reportażu odnosi się do grupy czterech fotografów działających na początku lat dziewięćdziesiątych w RPA, w trakcie obalania apartheidu i zmiany systemu politycznego. Oprócz autorów książki do Bractwa należał także Kevin Carter oraz Ken Oosterbroek. Świetnie pokazane są wzajemne relacje czterech przyjaciół, którzy nie tylko wspierali się i pomagali w trudnych chwilach, ale również rywalizowali ze sobą. Każdy chciał zrobić najlepsze zdjęcie, zapisać się w historii dziennikarstwa. I patrząc z perspektywy czasu, każdemu się to w jakimś stopniu udało. Kevin Carter jest autorem fotografii, którą zna chyba każdy. W 1993 roku w Sudanie sfotografował dziecko umierające z głodu, za którym czai się sęp, jakby już czekając na swoją ofiarę. Zdjęcie wywołało mnóstwo kontrowersji, a na Cartera posypały się głosy krytyki, że zamiast pomóc dziecku, zrobił zdjęcie. Fotografia zdobyła nagrodę Pulitzera. Dziennikarz nie był jednak w stanie poradzić sobie z depresją, którą pogłębiły jego doświadczenia wojenne, i w 1994 roku popełnił samobójstwo. Reportaż w dużej mierze skupia się na przeżyciach fotoreporterów, tego jak sobie radzą (albo wręcz przeciwnie) z przejmującymi obrazami, które oglądają w trakcie pracy. Napisany jest bardzo ciekawie, niczym powieść (na podstawie tej historii został nakręcony bardzo dobry film o tym samym tytule), wciąga, zaskakuje, wzrusza i na pewno nie pozostawia obojętnym. Opatrzony jest także licznymi zdjęciami zrobionymi przez członków Bractwa.

Chciałabym także polecić książkę „Korespondenci.pl” opracowaną przez Dorotę Kowalską oraz Wojciecha Rogacina (Wydawnictwo Czarna Owca, 2014). Jest to zbiór kilku artykułów, każdy poświęcony jest innemu dziennikarzowi. Bardzo ciekawa jest sama forma poszczególnych części, ponieważ mamy tu do czynienia z wywiadem, alfabetem korespondenta, pamiętnikiem, biografią czy wspomnieniami. Dzięki temu zabiegowi kolejne historie nie dłużą się i nie są powtarzalne. Poznajemy najwybitniejszych polskich dziennikarzy zagranicznych, w tym Wojciecha Jagielskiego, Waldemara Milewicza, Miładę Jędrysiak czy Wiktora Batera. Dzielą się swoimi doświadczeniami, przeżyciami zarówno tymi trudnymi, jak i wywołującymi uśmiech. Jest to według mnie świetna książka na początek przygody z literaturą na temat korespondentów zagranicznych. Pokazuje dziennikarzy jako zwykłych ludzi w niezwykłych sytuacjach. 

Kilka słów jeszcze o książce „Zdobyć zdjęcie” Johna G. Morrisa (Wydawnictwo Cyklady, 2007). Reportaż ten, a raczej wspomnienia autora, czekały na mojej półce na przeczytanie 9 lat… To bardzo długo jak na mnie, ale gdy w końcu do niej dotarłam poczułam lekkie rozczarownie. Morris był korespondentem i fotoedytorem wielu popularnych amerykańskich gazet, w tym „Life” czy „New York Times” i w trakcie swojej pracy miał możliwość współpracować z najwybitniejszymi fotoreporterami w historii, w tym z Robertem Capą czy Henri Cartier-Bressonem. Rozbudziło to mój apetyt i liczyłam, że otrzymam wciągający reportaż o korespondentach. Oczekiwania te spełniły się tylko częściowo. Na pewno bardzo interesujące są wspomnienia Morrisa z okresu II wojny światowej. Fascynujące było zajrzeć do działu fotograficznego w trakcie tego konfliktu, jak walczono o każde zdjęcie z cenzorami, jak utrudnione było wówczas przekazanie fotografii z drugiego końca świata i przede wszystkim, jak niebezpieczne było w ogóle zdobycie zdjęcia, w tym zdjęć z Normandii Capy, o których wspominałam na początku wpisu. Morris dzieli się wieloma anegdotami i daje nam możliwość podejrzeć pracę dziennikarzy „od kuchni”. Druga część wspomnień jest jednak o wiele mniej ciekawa, autor podaje mnóstwo nazwisk osób, z którymi współpracował, wchodzi coraz głębiej w swoje życie prywatne, i momentami snuje swoją opowieść w trochę nudny i mało emocjonujący sposób. Myślę, że ta książka zyskałaby bardzo dużo, gdyby skupiała się na początkowym okresie pracy Morrisa.

Obawiam się, że o korespondentach i fotoreporterach mogłabym jeszcze pisać bardzo długo. Chętnie poświęciłabym więcej miejsca m.in. Wojciechowi Jagielskiemu (nie, nie chodzi o „wampira”), który jest wymieniany zaraz obok Kapuścińskiego, jako wybitny polski dziennikarz zagraniczny („Wieże z kamienia” „Modlitwa o deszcz”). Miałam okazję czytać także reportaż „Szokujące fakty z życia reportera” autorstwa Jorisa Luyendijka, ale książka jest mniej emocjonująca niż mógłby na to wskazywać tytuł. Wpis jednak byłby stanowczo za długi (o ile już taki nie jest), gdybym chciała o każdej książce napisać trochę więcej.

Relacje korespondentów są niezwykle popularne, ponieważ pozwalają czytelnikom wczuć się w położenie reportera, spojrzeć na świat jego oczami, przenieść się do najodleglejszych, egzotycznych zakątków globu. Nie są to suche informacje podawane codziennie w wiadomościach, ale bardzo poruszające relacje, pokazujące nie tylko strony konfliktu, ale także co czuł dziennikarz w trakcie wywiadu albo robienia zdjęć. I dlatego są dla mnie tak emocjonujące i bardzo je polecam, mimo że lektura nie zawsze należy do przyjemnych.

Asia B&B

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “O trudnej pracy korespondenta wojennego

  1. Pingback: Kobiety na froncie – o korespondentkach wojennych – Books & Beauty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s